wrz 01 2010

Ważki

Autor: admin kategoria: Wasze wiersze, Wiersz inne

Na polanie przy jeziorze
każdy spotkać ważki może
bo nad wodą dla zabawy
ważki ważą ważne sprawy

Czy zielony listek może
być w różowym też kolorze?
Czy istnieją suche stawy?
Łąki z wodą zamiast trawy?
Czy leniuchom coś pomoże
ranek o wieczornej porze?

Ale może dla zabawy
sprawdźcie sami wszystkie sprawy
Każdej sami wagę zważcie
Mało ważne są czy ważkie?

Autor:Małgorzata Płonowska

Na razie brak komentarzy

sie 15 2010

Nasze morze zna niejedną tajemnice – Jolanta Wybieralska

Autor: admin kategoria: Wiersz inne

Nasze morze, to ogromne wód głębiny,

A w nim utopione w otchłaniach kabiny,

Statków, które pływały bardzo daleko,

Od kresu jednego brzegu, do drugiego.

 

Nasze morze zna niejedną tajemnice,

Jakie były walki, o jego granice?

Ile istnień ludzkich, zabrało ze sobą?

Ilu ludzi wyszło, z podniesioną głową?

 

Pod wodą w głębinach, których nie widzimy.

Są różne stworzenia i różne rośliny,

A gdy rybacy do portu powracają.

Znane wszystkim ryby z sieci wyciągają.

 

Morze, to oaza ciszy i spokoju.

Kiedy indziej burzy i dużego sztormu.

A potem na brzegu, na piaszczystej plaży,

Leżą bogactwa, o których każdy marzy.

 

Na dnie są muszle, perły, złote bursztyny,

Bogactwa natury z tej wodnej krainy

Zdobią na piersi koralowe ozdoby,

Zbierane z dna, przez nieznane osoby.

 

Gmina Świnoujście, co rok nas zaprasza,

A także mieszkańcom i innym ogłasza.

Żeby przychodzili, gości zapraszali

I polskie ,, Dni Morza” wszyscy podziwiali.

Na razie brak komentarzy

sie 15 2010

Dzwon Zygmunta – Jolanta Wybieralska

Autor: admin kategoria: Wiersz inne

 

Dzwon rozbrzmiewa wtedy i niesie nowinę,

By ogłosić światu, coś bardzo ważnego.

Uruchomią jego, gdy znajdą przyczynę,

Gdy witają lub żegnają kogoś możnego.

 

Smutną wiadomość Polakom obwieszczał,

Gdy generała Piłsudskiego chowano.

Bił dzwon Zygmunta wtedy i nam ogłaszał,

Że Wojtyłę w Rzymie Papieżem obrano.

 

Dzwon Zygmunta wisiał w milczeniu przez lata.

Na Wawelu, gdzie wielcy ludzie spoczywają.

W kwietniowe południe bił głośno dla świata,

Że do nich dołączył Prezydent z Pierwszą Damą.

 

Choć rzadko Polacy słyszą bicie dzwona,

Bo wielkie rzeczy nie dzieją się co dzień.

I niech się każdy Polak o tym przekona,

Że jest symbolem wielkich czynów w narodzie.

 

Na razie brak komentarzy

sie 15 2010

Wrocławska legenda o klusce śląskiej – Jolanta Wybieralska

Autor: admin kategoria: Wiersz inne

Kto jeszcze o tym nie wie, niech zapamięta.

O kluskowej bramie jest jedna legenda,

A powstała ona w mieście Wratislawa.

Zapraszam od dzisiaj do miasta Wrocławia.

 

Konrad i Agnieszka bardzo się kochali.

Oboje za siebie życie by oddali.

Zamieszkali wspólnie, z dala od swych matek.

W miejscu, gdzie było dużo z drewna chatek.

 

Młodzi nowożeńcy na wsi zamieszkali.

Od świtu do nocy ciężko pracowali.

Ona każdą strawę dobrze gotowała.

On uwielbiał kluski, które przyrządzała.

 

Kluski, tylko śląskie polane tłuszczykiem.

Mógł zjadać codziennie, całym talerzykiem.

Za to, że Agnieszka bardzo go kochała.

To kluseczki śląskie, wciąż mu gotowała.

 

Nagle zmarła Agnieszka, pozostała pustka.

W garnku nie została, ani jedna kluska.

Chodził głodny Konrad jadł, co sam szykował,

Ale żaden obiad już mu nie smakował.

 

Agnieszka za życia, kiedy gotowała.

Całą swoją miłość w potrawy wkładała.

Inne gospodynie kluski gotowały,

Ale on ich nie jadł, mu nie smakowały.

 

Myślał o Agnieszce, gdy w polu pracował.

Często ją wspominał, wszystkiego żałował.

Gdy zebrane plony sprzedawał na targu.

Przychodził do domu, pusto było w garnku.

 

Co tydzień sprzedawał nasz Konrad swe zbiory.

Raz były ziemniaki, a raz pomidory.

Gdy wracał zmęczony, zasnął przed kościołem.

Zobaczył Agnieszkę, była już aniołem.

 

Mówiła do niego i strawę mu dała.

Lecz ostatniej kluski jeść mu zakazała.

Gdy otworzył oczy, Agnieszka zniknęła,

Ale garnek został, ona go nie wzięła.

 

Gdy dotrzyma słowa i kluskę zostawi.

Agnieszka codziennie pełny gar dostawi.

Lecz, gdy jego garnek będzie dzisiaj pusty.

Nigdy nie dostanie, ani jednej kluski.

 

W garnku były kluski, polane tłuszczykiem.

Jadł drewnianą łyżką, a nie widelczykiem.

Każda kluska żony tak mu smakowała,

Że zapomniał o tym, co mu powiedziała.

 

A ostatnia kluska, która w garnku była.

Nie chciała się nabrać, zaraz podskoczyła.

Poleciała w górę, ku jego zumieniu

I zastygła na murze, na zimnym kamieniu.

 

Na bramie kościoła świętego Idziego.

Pamiętaj to koleżanko i kolego.

Leży tam do dzisiaj, wielu ją widziało.

I wielu turystów kluskę podziwiało.

Na razie brak komentarzy

sie 15 2010

Wrocławska legenda o czarownicy Tekli – Jolanta Wybieralska

Autor: admin kategoria: Wiersz inne

Kiedy była mała, robić nic nie chciała.

Nigdy nikomu w niczym nie pomagała.

Choć jej rodzeństwo pomagało mamie.

Ona twierdziła, że niczego nie umie.

 

Mała dziewczynka na imię Tekla miała.

Codziennie z każdego się wyśmiewała,

A kiedy dorosła jeździła na bale

I o posprzątaniu nie myślała wcale.

 

Wyśmiewała chłopców, którzy ją prosili.

Chociaż byli dla niej zawsze bardzo mili.

Z wielu nie wybrała za męża żadnego.

Tekla nie chciała ułożyć życia swego.

 

Była starą panną, która nic nie umiała,

Dlatego czarownicą mostkową została.

Sprzątała za karę na wieży kościoła

I latała na miotle, co dzień dookoła.

 

Kościół pod wezwaniem Marii Magdaleny,

Był na starość domem, tej leniwej Tekli.

Żyła tu samotnie i ciągle sprzątała,

Bo inna czarownica jej nakazała.

 

Raz ją odwiedziła czarownica mała,

Przy mostku usiadła i miotłę jej zabrała.

Powiedz moja Teklu, dlaczego tak sprzątasz?

I z góry w milczeniu na wszystkich spoglądasz?

 

Czarownica Tekla, choć nie bardzo chciała,

Swą historię Martynce opowiedziała.

Byłam leniwa, nosiłam sukienki do kostek

I do końca świata sprzątać będę mostek.

 

 

Błysnęła złotym zębem, gdy uśmiech dała.

A ty, dlaczego się tu znalazłaś mała?

Powiedz moja droga rzekła do Martynki.

Czemu teraz robisz takie dziwne minki?

 

Także swe zabawki wszędzie rozrzucałam.

Choć mama prosiła, nigdy nie sprzątałam.

Wolałam poleżeć i patrzeć na chmury.

Niż zmywać w łazience zabrudzone rury.

 

Nie myłam podłogi chodź ją zbrudziłam.

Poszłam na zakupy i nic nie kupiłam.

Gdy mama prosiła, bym posłała łóżka.

Milsza od wszystkiego była mi poduszka.

 

Ale zrozumiałam, że pracować trzeba,

Żeby mieć pieniądze na tę kromkę chleba.

Zrozumiałam, że lenistwo nigdy nie popłaca

I że człowieka nie hańbi żadna praca.

 

Pozwól mi polatać trochę na twej miotle,

Choć mam suknię długą będzie niewygodnie.

Wypędzę lenistwo, poszukam pomocy.

I w podróż na miotle się wybrała w nocy.

 

Znajomymi ulicami dziewczynka leciała

I do wszystkich okien ludziom zaglądała.

Myślała o ludziach, jakiej użyć mocy,

Aby najszybciej Tekli udzielić pomocy.

 

Choć dziewczynka Tekli bardzo pomóc chciała.

Latała na miotle i ludzi szukała.

Spotkała na rynku jednego człowieka.

To czarodziej Michał on zawsze tu czekał.

 

Dzisiaj czegoś szukał na wrocławskim rynku.

Chodził na czworakach, wypatrywał w mroku.

Zgubił okulary na głównej ulicy.

Wypadła mu różdżka, bez niej nie miał mocy.

 

Gdy tylko Martynce Michał opowiedział.

Ta na miotłę wsiadła i już jej nie widział.

Leciała i po ziemi się rozglądała.

Chciała jemu pomóc ta Martynka mała.

 

A kiedy znalazła szybko mu oddała

I w nagrodę życzenie jedno dostała.

Spełni to Michał, gdy tylko je wypowie,

A potem zapomni o wspólnej rozmowie.

 

Żal jej było Tekli, więc go poprosiła,

Aby zniszczył mostek na wieży kościoła.

A kiedy wróciła mostka już nie było

I z klątwy Martynka Teklę wybawiła.

 

Pozostała legenda o Mostku Czarownic,

Które wszystkie dzieci miały przecież ostrzec

Aby każdą pracę one szanowały

I po sobie zawsze ładnie posprzątały.

Na razie brak komentarzy

sie 15 2010

Wrocławska legenda o dzwonie grzesznika – Jolanta Wybieralska

Autor: admin kategoria: Wiersz inne

Dawniej w miastach było wielu rzemieślników,

Którzy swoja pracą na chleb zarabiali.

Mnóstwo było kramów i małych sklepików.

Właściciele wtedy mało sprzedawali.

 

Rzadko, kto kupował, bo był brak pieniędzy.

Nie każdego stać było na różne zakupy.

Ludzie wtedy żyli ubogo i w nędzy.

Brakowało w domach nawet zwykłej zupy.

 

A kto się wyuczył i mistrzem zostawał.

Ten budował warsztat i stawiał przy domu.

Kilku młodych ludzi do pracy namawiał

I dawał jeść, ale nie płacił nikomu.

 

Uczeń, lub czeladnik, choć biedni rodacy.

Pracowali i uczyli się od mistrza swego.

A przy wykonaniu powierzonej pracy.

Każdy chciał być lepszy, jeden od drugiego.

 

Kiedyś u Mistrza Michała w ludwisarni,

Rozpoczął naukę młody uczeń Stanke.

W październikowy dzień, ale bardzo skwarny.

Po pracy wybrał się na pobliską Tamkę.

 

Mało, kiedy wychodził, bo wiele było pracy.

A zamówień mnóstwo, co dzień przybywało.

W czasie wojny o broń prosili rodacy.

A w czasie pokoju dzwony wylewano.

 

Uczył się Stanke fachu od mistrza swego,

Pracował czasami od rana do nocy.

Co dzień wylewał z żelaza, coś nowego.

Rzadko oczekiwał od mistrza pomocy.

 

 

A kiedy Michała najlepszym uznano

I w pracowni zamówiono olbrzymi dzwon.

Ludzi poproszono i wszędzie szukano,

Żeby tu przynosili niepotrzebny złom.

 

Stanke i Michał, duży dół wykopali, 

A na dno wielką formę dzwonu włożyli.

Obaj się przy tym ciężko napracowali.

Po skończonej pracy bardzo się cieszyli.

 

Stanke na piecu mały ogień rozpalił.

Razem czekali, aż się metal rozgrzeje.

Michał do gara wrzucił cynę i pierścień

I rzekł do ucznia, że on sam to wyleje.

 

Mistrz do karczmy poszedł, by odpocząć chwilę

I Szklaneczkę wina położył na stole.

Stanke stał przy piecu. Chyba się nie mylę?

Wyjął korek, cały metal był już w dole.

 

Pobiegł on do karczmy, by przynieść nowinę.

Powiedzieć, że praca ich obu skończona.

Nie posłuchał mistrza, wziął na siebie winę.

Nie wiedział, że od noża Michała skona.

 

Jak wrócił mistrz Michał do warsztatu swego.

Zobaczył, że Stanke dobrze dzwon wykonał.

Złapał się za głowę, koniec życia mego.

Żałował, że Stanke tak szybciutko skonał.

 

Zgłosił się do sądu i przyznał do winy.

Choć był mistrzem, Michał nie uniknął kary.

Wszyscy Wrocławianie mieli smutne miny.

Czas nadszedł. Wszyscy patrzyli na zegary.

 

Lecz jedno życzenie miał Michał do władzy.

Usłyszeć za życia swego dzwonu brzmienie.

Uruchomili dzwon znajomi rodacy.

Sąd najwyższy spełnił Michała marzenie.

 

Za każdym razem, gdy kat karę wymierzał.

Słychać było ciągłe bicie tego dzwonu.

Każdy patrzył w górę, choć gdzieś indziej zmierzał

I rozmawiać nie wolno było nikomu.

 

Ludzie we Wrocławiu z sobą rozmawiali,

Że w kościele świętej Marii Magdaleny.

Dzwon mistrza, Dzwonem Grzesznika nazwali,

Towarzyszył tym, którzy byli traceni.

Na razie brak komentarzy

sie 15 2010

Wrocławska legenda o kamiennej głowie – Jolanta Wybieralska

Autor: admin kategoria: Wiersz inne

W mieście Wrocławiu był znanym złotnikiem,

Czeladników miał kilku w pracowni swojej.

Lud nazywał go mistrzem Fryderykiem.

Wyrabiał biżuterię ozdabianą złotem.

 

Piękna biżuteria, precyzyjne wzory,

Każda dama dworu, takie nosić chciała.

Ta biżuteria miała cenne walory,

Praca złotników wszystkim się podobała.

 

Gdy żona mu zmarła, sam córkę wychował

I szukał jej męża bardzo bogatego.

Wobec córki Barbary źle się zachował,

Gdy pokochała czeladnika biednego.

 

Henryk i Barbara wieczorem w altanie,

Każdego dnia, spotykali się ze sobą.

Choć zawsze w ukryciu mieli swe spotkanie,

Oboje cieszyli się swoją osobą.

 

Henryk dał jej pierścień, by go pamiętała.

Zrobiony tylko dla niej, ze szczerego złota.

Prosił, by innego nigdy nie wybrała.

Mawiał, że uczciwość to jest wielka cnota.

 

Barbara wierzyła, co Henryk jej mówił,

On także wierzył w Barbary każde słowo.

Chciała, aby Henryk ją szybko poślubił.

A ich miłość kwitła radośnie na nowo.

 

Fryderyk na śluby nie wyraził zgody.

Wygonił Henryka i pobił go laską.

Wybił mu z głowy zaręczyny i gody.

Nakazał opuścić zamieszkałe miasto.

 

Henryk był biedny, ale za to uczciwy.

Pokochał szczerze córkę mistrza swojego.

Uciekł z pracowni prawie pół żywy.

Za karę nie było tu pracy dla niego.

 

Obiecał on Basi, swojej ukochanej,

Że wróci niedługo i żeby czekała.

A ojciec ją zamknął na wysokiej wieży

I nikt jej nie słyszał, choć głośno wołała.

 

Fryderyk sam męża chciał zaleźć dla córki,

Żeby przyszłość młodych, w bogactwie płynęła.

Nie zniósłby krzywdy i cierpień swej Barbórki,

By bieda w życiu jedynaczkę dotknęła.

 

Henryk postanowił, że szybko powróci.

Poślubi Barbarę i ułoży życie.

Zarobi pieniądze, nie będzie się kłócił.

Oboje nie będą już żyli w ukryciu.

 

Nie mógł znaleźć pracy w mieście, okolicy.

Ale mistrz Fryderyk szybko się przekona

W gęstwinie napadli na niego zbójnicy

Postanowił dołączyć do zbójów grona.

 

Razem napadali, razem ograbiali.

Sakwy wypchane zabierali ze sobą.

Bogatych kupców ze złota okradali.

Nie zdradzali się przed żadną osobą.

 

A, gdy Henryk przywódcą zbójników został.

Powrócił do miasta z orszakiem swej świty.

Fryderyk Henryka w ogóle nie poznał. 

On taki bogaty pewnie pracowity?

 

Zaprosił Henryka do swojego domu.

Kazał przyprowadzić niani córkę swoją.

Choć Henryk o sobie nie mówił nikomu.

Ona go poznała, nie chciała być żoną.

 

Bogactwo Henryka krwią było splamione,

Bo wielu bogatych utraciło życie.

Nie wyrazi zgody, by wziął ją za żonę.

Wolała umrzeć, niż żyć w takim wstydzie.

 

Gdy padła na ziemię, gniew w Henryka wstąpił.

Żałował Barbary swojej ukochanej.

Nie wybaczył mistrzowi, że wtedy ustąpił.

I odszedł z pracowni do nikąd, w nieznane.

 

Wieczorem podłożył w kilku miejscach ogień.

Jasna łuna oświetliła kupiecki dom.

Z radością patrzył Henryk, jak wszystko płonie.

A ogień z domu przeniósł się na inny dom.

 

Pobiegł do katedry na najwyższą wieżę,

A głowę wychylił przez okienko małe.

Choć wołał o pomoc, to mówię wam to szczerze.

Tylko ptaki słyszały jego wołanie.

 

Henryka głowa w małym oknie utknęła.

Mury się skurczyły i ścisnęły szyję.

Chata Fryderyka na zawsze zniknęła,

A on skamieniały, tutaj skończył życie.

 

Do dziś na katedrze widać jego głowę.

Patrzy ona na dół i nam przypomina.

Że kiedyś kochali i byli szczęśliwi,

Ten biedny chłopak i bogata dziewczyna.

Na razie brak komentarzy

sie 15 2010

Wrocławska legenda o rycerzu, który wygrał z diabłem – Jolanta Wybieralska

Autor: admin kategoria: Wiersz inne

Gdy książę Henryk we Wrocławiu panował,
Jego żona Anna w Czechach przebywała.
Henryk z rycerzem Henczkiem dzielnie wojował,
Polska wtedy z Turcją wojnę odbywała.
 
Matylda i Anna do Polski wróciły.
Te dwie przyjaciółki zawsze były z sobą.
Wszystkie damy dworu o ślubie mówiły.
Henczko zaręczył się z najmilszą osobą.

Matylda i Henczko bardzo się kochali.
Dobrze razem było, we wrocławskim księstwie.
Anna z Henrykiem duży posag im dali.
Teraz rycerz Henczko myślał o zwycięstwie.
 
Prosił swą Matyldę, by wierną mu była,
Bo kręcił się za nią, Lutko rycerz młody.
Aby w życiu innego nie poślubiła,
Choć nie brak jej czaru, wdzięku i urody.
 
Ściągnęła z piersi krzyż i mężowi dała,
By jej ukochanego od nieszczęść bronił.
Od pustelnika ten srebrny krzyż dostała,
Matylda wierzyła, że będzie on chronił.
 
W tajemnicy mówił Henczko do swej żony.
Słyszała służąca, która tam sprzątała.
Że jak zginie, to krzyż będzie jej zwrócony
I tę wiadomość Lutkowi przekazała.
 
A kiedy z rycerzami wyruszył w boje.
Na tatarów poszedł z książęcym orszakiem.
Został napadnięty, przeszedł trudy, znoje.
Mało, kto ocalał, on leżał pod krzakiem.
 
A gdy razem z giermkiem trafił do niewoli,
Wydał polecenie, by zbiegł do Wrocławia.
Przekazał Matyldzie uczciwie, powoli,
Że wróci niebawem i żeby czekała.
 
Wkrótce we Wrocławiu pojawił się sługa.
Szedł on do Matyldy, przekazać nowinę.
Bolesna i trudna była ta posługa.
Od Lutka sztyletu nie wiedział, że zginie.
 
Lutek do Henryka z wieścią szybko pobiegł,
Że Henczko nie żyje, niech głosi żałobę.
Księżnej Annie oświadczył, gdy do niej dobiegł,
Matyldą się zajmie, jak wyrazi zgodę.
 
Książe Henryk z żoną, Matyldzie ogłosił.
Ona nie wierzyła i ciągle płakała.
Anna ją prosiła i Henryk ją prosił,
Aby swoje serce Lutkowi oddała.
 
 
Ona nie wierzyła w żadne Lutka słowa.
Czekała na Henczka i gorzko płakała
I na nowe śluby nie będzie gotowa,
Bo srebrnego krzyża męża nie dostała.
 
Lutek kazał zrobić krzyż srebrny podobny,
By oddać Matyldzie, aby nie cierpiała.
Chociaż z oryginałem nie był całkiem zgodny
Chciał, by najszybciej o mężu zapomniała.
 
Księżna Anna, co dzień prosiła Matyldę,
By wyszła za Lutka i nie odmawiała.
Lecz jej przyjaciółka wieczorem pod kołdrą,
Często o swym Henczku kochanym myślała.
 
Ale po dwóch latach się prawie zgodziła.
Wyznaczono termin, miało być wesele.
Choć rana w jej sercu się nie zabliźniła.
Na niedzielę gości zaproszono wiele.
 
Jednej nocy Henczko, który był w niewoli.
Oddał duszę diabłu, bo był urażony.
Przyśnił, że Matylda już innego woli.
Widział ślub, wesele i szczęście swej żony.
 
Zawarł z diabłem układ, chociaż przerażony,
Nie pozwoli, by innego ona poślubiła.
Na czarnym kogucie, wróci do swej żony.
Odda srebrny krzyż, który mu wręczyła.
 
Lecz Henczko do diabła miał jedno życzenie.
Nie wolno go budzić! Tej próbie się podda.
Gdy spełni, spełni się i diabła marzenie,
Na wrocławskim rynku duszę jemu odda.
 
Gdy zbudzi się wcześniej, koniec obietnicy.
Nie odda mu duszy, bo taka umowa.
Kogut Henczka zbudził na innej ulicy.
Skończyła się z diabłem, ta przykra rozmowa.
 
Chudy, wynędzniały trafił do kościoła,
Gdzie nową przysięgę składać żona miała.
Ale przed ołtarzem krzyż srebrny jej podał.
Spojrzała na krzyże, ten jego poznała.
 
Kochany wróciłeś, tak jak obiecałeś.
Ja zapamiętałam każde twoje słowo.
Wiem, że ty w niewoli bardzo wycierpiałeś.
Lecz wynagrodzę ci to, swoją osobą.
 
A Lutek za karę trafił do niewoli
I straż książęca wtrąciła go do lochu.
Może płakał, żałował, konał powoli.
Ale nikt nie słyszał jego cichych szlochów.

Na razie brak komentarzy

Nast »